Vaclav Vratislav z Mitrovic - "Przygody..."


"Przygody Vaclava Vratislava z Mitrovic, jakich on w głównym mieście tureckim Konstantynopolu zaznał, jako pojmany doświadczył, a po szczęśliwym do kraju rodzinnego powrocie własnoręcznie w Roku Pańskim 1599 spisał". Ha, kiedyś to bywały tytuły, człowiek przeczytał i już było wiadomo o czym jest książka, nie to co dzisiaj ("A teraz zaczekaj na zeszły rok", co to w ogóle jest za tytuł?). Jeżeli nie przeszkadza Wam staromodna polszczyzna w stylu pamiętników Paska, to zapraszam do recenzji doskonałego podróżniczego reportażu... sprzed 410 lat.


Świat zachodni ogólnie, a Polacy w szczególności, nie doceniają rozwoju innych kultur. Nieraz słyszałem pogardliwe opinie o mieszkańcach Afryki lub Azji, wygłaszane z typowym dla moich rodaków połączeniem szowinizmu i ignorancji. Obraz cywilizacji islamu w naszym powszechnym mniemaniu to afgańscy talibowie i palestyńscy zamachowcy, może jeszcze uproszczona wizja mieszkańców krajów Magrebu jako zakutanych w zawój fanatyków z wielbłądami.

O znajomości historii krajów muzułmańskich nie wiemy w zasadzie nic, nawet tego skąd wzięły się cyferki którymi się posługujemy. Tym ciekawiej zatem jest spojrzeć na imperium ottomańskie z przełomu XVI i XVII wieku z perspektywy odwiedzającego je wtedy podróżnika z Czech.

Vaclav Vratislav trafił do Turcji jako nastolatek - był on paziem czeskiego posła Fryderyka Krekvica, radcy dworu cesarza Rudolfa II. Pierwsza część książki to opis podróży poselskiego orszaku do Turcji i pobytu w Konstantynopolu. Dla młodego Czecha jest to wyprawa na drugi koniec świata, jak na inną planetę, stąd też ogląda on wszystko szeroko otwartymi oczami, a swoje obserwacje zapisuje, dzięki czemu czytelnik może się wiele dowiedzieć o tureckich realiach.

Później sprawy się komplikują - pan poseł okazuje się również szpiegiem, a przez nieuwagę i zamiłowanie do hazardu jednego ze swoich sług, daje się na szpiegowaniu przyłapać. Sułtan, żeby użyć Pratchettyzmu, nie poprzestaje na ostrej nocie dyplomatycznej - pan poseł i wszyscy mu towarzyszący zostają uwięzieni. Dalsza część historii Vaclava to szczegółowo przedtawiony opis tureckiego systemu penitencjarnego, a nie są to pięciogwiazdkowe hotele riwiery tureckiej.

Na szczęście dla naszych bohaterów, a w każdym razie ich większości, z czasem zmienia się sułtan, a co za tym idzie także wezyr i basza, więc po pewnej dozie dyplomacji, wspartej łapówkami, cierpliwością i szczęściem, po dwóch latach udaje się czeskiej delegacji wydostać z więzienia i w końcu powrócić do domu. Sami przyznacie, że jest to ciekawa historia - i to historia w sensie dosłownym, gdyż nie jest to opowieść zmyślona, a jak najbardziej autentyczna.

Opis państwa tureckiego daje pojęcie nie tylko o jego militarnej potędze, ale i o tym jak uporządkowane i zasobne ono było. Publiczne łaźnie i darmowe szpitale, w których można było również zatrzymać się w podróży i dostać poczęstunek - czyste, schludne i otwarte dla wszystkich, także podróżujących obcych. Patrząc na obecny stan rzeczy w Polsce można się zastanawiać, czy przypadkiem nie cofnęliśmy się trochę w rozwoju cywilizacyjnym - nie wspominając już o porównywaniu ówczesnej Turcji do Polski z tamtej epoki.

Dla mnie właśnie te obserwacje kraju, społeczeństwa, ludzi, zwyczajów i rozgrywek politycznych są tym, co stanowi najważniejszy walor książki. Jest to po prostu doskonały reportaż sprzed ponad czterystu lat, napisany co prawda w nieco staroświecki sposób, lecz pasjonujący i przybliżający współczesnemu czytelnikowi świat już nieistniejący. Ponadto "Przygody..." Vaclava Vratislava z Mitrovic doskonale uzupełniają "Czarnego Anioła" poprzez pokazanie co stało się dalej i jak wyglądał Konstantynopol po zdobyciu przez Turków.

Znalezienie tej książki będzie prawdziwym wyzwaniem, na Allegro bywa, ale bardzo rzadko, w antykwariatach nie widziałem nigdy. Mnie udało się upolować własny egzemplarz dopiero niedawno, przy okazji pisania tej notki. Tym niemniej uważam, że bardzo warto, w szczególności jeśli interesuje Was orient, historia Turcji lub po prostu reportaże z ciekawych miejsc i czasów.


Post Scriptum: Zabawne jest, że dopiero co wróciłem z mojej pierwszej w życiu wycieczki do Turcji. Piękny kraj, przesympatyczni ludzie, no i kawał historii do zwiedzania (Istambuł, Efez, Bodrum, czyli dawny Hieraklion). Książka ładnie się z tym komponuje.

3 komentarze:

Tomasz K pisze...

Ależ Waszmość kwantyfikatorem nas potraktował, z błotem zmieszał identico niczym husaria Turczyna pod Wiedniem. Zali to nie we wiedeńskiej potrzebie polski żołnierz musiał sie słomą obwiązać co by Niemce wiedziały kto poganin a kto Polak? My w dawnej Polszcze, Bogu dziękować, historię krajów muzułmańskich mamy kulami wyrytą na murach Lwowa i Kamieńca. Kiedy Waszmość wypowiadasz słowa "ułan na karym rumaku" jeno jedno nie jest tureckie! Zderzenie cywilizacyj nastąpiło zaiste w XV wieku i o tym książka owa traktuje. Od tego czasu jednak przedmurze nasze z Turczynem się zaznajomiło biorąc za łby albo i w pokoju żyjąc, zatem od ocen ogólnych wara.

W jednym racyę przyznać Waszmości muszę: niewiele wiesz o historyi cyfer którymi się posługujemy albowiem wzięły się z Indyj, a Arabia szczęśliwa dała im jeno nazwę.

Barts pisze...

O. Rety.

Wisata pisze...

Podoba mi się