Kirył Bułyczow - "Białe skrzydła kopciuszka"


Dzisiaj króciutka rekomendacja powieści, którą za grosze można dostać w antykwariatach, utworu ciepłego i sympatycznego, bez pretensji do miana literatury najwyższych lotów. Fani oldskulowej fantastyki będą zachwyceni, a ci, którzy po prostu mają ochotę kawałek pogodnej lektury też nie powinni się rozczarować, zwłaszcza że sztafaż sci-fi jest tu nienachalny.

Kir (Kirył) Bułyczow to pseudonim autora, ale jego prawdziwe imię i nazwisko to Igor Możejko. Zdecydowałem się jednak w tytule notki umieścić to co znajduje się na okładce książki, żeby łatwiej Wam ją było znaleźć. A przy okazji, pełny tytuł brzmi "Dzikusy. Białe skrzydła kopciuszka", bo książka składa się z dwóch utworów, tak krótkich, że prawie można by je zakwalifikować jako opowiadania.

(Nota bene, jeśli zachęceni tą rekomendacją kupicie tę książkę, to nie czytajcie pierwszego opowiadania, ponieważ stanowi ono połowę większej całości, wydanej później jako "Osada". "Osadę" będę polecał w następnej kolejności, ale bez drugiej połowy jej wymowa jest zupełnie inna i nie warto sobie psuć lektury. A teraz wracajmy już do meritum.)

Bułyczow nie jest w Polsce nieznany, ba, niektóre jego powieści ukazywały się jako pierwsze właśnie u nas (np. "Miasto na górze"), bo to co w Polsce można już było wydać, w Rosji Radzieckiej nie przechodziło przez cenzurę. Chciałbym zwrócić Waszą uwagę na kilka utworów tego pisarza, gdyż moim zdaniem są one rewelacyjne - dziś jednak zaczniemy od czegoś po prostu dobrego, prawdziwe chef-d'oeuvre zostawiając na później.

Konstrukcja fabularna "Białych skrzydeł kopciuszka" jest dosyć prosta - młody człowiek imieniem Pawłysz przybywa na planetę Projekt-18 w poszukiwaniu Mariny Kim, dziewczyny z którą kiedyś miał krótki romans, czy też może raczej przygodę. Wprawdzie zakazała mu szukać jej przez dwa lata, ale kiedy Pawłysz znajduję się w okolicy, postanawia wykorzystać okazję. Na planecie zastaje stację naukową zaludnioną przez biologów i geologów oraz dziwaczne stworzenia z którymi współpracują. Stworzenia okazują się ludźmi zmodyfikowanymi genetycznie na potrzeby pracy w nieprzyjaznych człowiekowi warunkach, a określa się ich nazwą bioformantów. Niestety, nie dość że Pawłysz nie spotyka się z dziewczyną, to stosunkowo szybko okazuje się że unika go ona celowo, jakby bała się mu pokazać. Jeśli tylko czytelnik nie jest idiotą i przypomni sobie tytuł, dosyć łatwo będzie domyśleć się co jest tego przyczyną i jak akcja potoczy się dalej.

Będzie oczywiście kryzys, będzie zagrożenie, ale bohaterstwo i solidarność odważnych naukowców zażegnają niebezpieczeństwo, a uczucie zatryumfuje. Twórczość Bułyczowa w ogóle charakteryzuje się ciepłym podejściem do ludzi, nawet w bardziej poważnych utworach (jak wspomniane przed chwilą "Miasto na górze"), ale tu osiąga swoje wyżyny - ta opowieść jest wręcz przesycona pogodą i optymizmem.

Czytelnik odnajdzie w tej książce urocze anachronizmy, prawie tak zabawne, jak terkoczące trybiki komputera podczas lądowania statku kosmicznego u Lema: w dalekiej przyszłości ludzie piszą listy, które dowozi się rakietami, a kosmonauci popijają herbatę w szklankach na stołówce, pod czujnym okiem bufetowej.

Jeszcze jedną śmiesznostką jest polityczna poprawność w wersji ZSRR - podobnie jak teraz w amerykańskim filmie (także cience-fiction) musi być w drużynie Azjata, Murzyn i kobieta, tak w książkach i opowiadaniach fantastyczno-naukowych z epoki pojawia się obowiązkowo przynajmniej jeden Gruzin i jeden Monogoł (jak również kobieta, najczęściej naukowiec). Taka zabawna prawidłowość, żeby pokazać że nikt z bratnich republik nie został pominięty, a i emancypacja postępuje. W sumie jednak te elementy nie rażą i nie psują lektury, a wręcz dodają jej trochę naiwnego uroku.

Osobiście z przyjemnością wracam do "Białych skrzydeł kopciuszka", mimo że znam już całość na pamięć. Wiara w to, że wszystkie problemy da się rozwiązać, że wszyscy ludzie są sobie braćmi, że da się okiełznać siły przyrody, a kiedy kogoś się kocha, można pokonać każdą barierę - jest podnosząca na duchu, mimo pewnej naiwności. Dzięki dobrotliwemu wujkowi Bułyczowowi można znowu poczuć się przez chwilę idealistą jak wtedy kiedy miało się naście lat i wierzyło w to wszystko.

Podsumowując, nie jest to może pozycja zasługująca na umieszczenie jej pomiędzy klasykami literatury czy też w kanonie science-fiction, jednak "Białe skrzydła kopciuszka" są opowieścią tak pogodną i życzliwą ludziom, że szkoda byłoby jej nie poznać. Każdy miewa czasem ochotę na lekturę, która poprawi mu nastrój, wywoła lekki uśmiech i przypływ wiary w to, że jako gatunek nie jesteśmy jednak tylko bandą samolubnych drani - a wtedy warto sięgnąć po tę książkę i przeczytać ciepłą historię uczucia dwojga młodych ludzi, z paroma egzystencjalnymi pytaniami w tle i obowiązkowym happy endem.

13 komentarzy:

dhoine pisze...

Nie myslalem ze juz 3ci wpis trafi perfekcyjnie w moje gusta. A tu taka niespodzianka.!
Bulyczowa lubie bardzo i pare pozycji w domu mam (wsrod ktorych najbardziej cenie wspominana OSADE+PRZELECZ - przynajmniej raz na rok wracam don i czytam).
Co dziwne, nie mam i nie slyszalem o "Bialych Skrzdlach...", dlatego zaraz wybieram sie na allegro na male polowanie.

I pozdrowienia dla Agi od naszego wspolnego znajomego KIRa ;)

dhoine pisze...

PS. Lowy udane - ksiazka za 7,99 (juz z przesylka) wlasnie do mnie leci.
Me love allegro!

Barts pisze...

Bułyczow jest genialny i parę jego rzeczy tu polecę (sneak peek: "Osada", "Miasto na górze", "Pupilek" i "Jak zostać pisarzem fantastą?").

Cieszy mnie natomiast, że po pierwsze trafiłem, a po drugie, że w ogóle o "Białych Skrzydłach Kopciuszka" nie słyszałeś.

Właśnie rzeczy mało znane chcemy tutaj promować, i choć zapewne raz czy drugi napiszemy też o czymś bardziej popularnym, to podstawowym założeniem jest wyławianie książek nieznanych.

Agnes pisze...

Dhoine, dzięki!
Książka z autografem wciąż wzbudza ciepłe myśli, jak na nią patrzę :)

"Białe skrzydła kopciuszka" nabyłam już jakiś czas temu i, proszę państwa, cudeńko to jest. Pawłysza polubiłam jak mało kogo z literatury sf, na równi z Pirxem.

I jeszcze kamyczek do ogródka, te tytuły! "Białe skrzydła kopciuszka" - nie Kopciuszka.

Agnes pisze...

A, i jeszcze słówko do Dhoine: skompletowałam sobie w końcu "Utwory wybrane", upolowawszy na podaju "Agenta FK".

dhoine pisze...

Agnes: i ja mam komplet - znowu dzieki allegro.
A powiem szczerze, ze jak i ja wspomne podarek to mi sie cieplo na sercu robi. Ot i wilk syty i owca najedzona :)

Barts pisze...

Czy mam rozumieć że macie AUTOGRAF Kira Bułyczowa?..

Jeśli tak, to moja zazdrość jest bezgraniczna.

Also, niedługo nowa notka, tym razem w klimatach historyczno-przygodowych.

Agnes pisze...

Mamy, na spółkę :)
Dhoine dostał od autora, imiennie, a następnie (po iluś tam latach) dopisał własną dedykację dla mnie i mojego męża i podarował nam w prezencie ślubnym (bo zamiast wiązanek kwiatowych poprosiliśmy o książki).
Nie mam pojęcia, czy oddałabym komuś książkę z autografem dla mnie i wciąż jestem pełna podziwu dla gestu :)

Agnes pisze...

Historyczno-przygodowe klimaty: Ossendowski? Wiśniowski? Hunyady? Stancu?
:D
No dobra, tego pierwszego to tak trochę na wyrost wpisałam, bo nie znam.

Barts pisze...

No ja bym nie oddał...

A autograf Igora Możejko, damn, wiele bym dał. Zwłaszcza osobiście zdobyć, a to już niestety niewykonalne. Tak samo Christy... Smutno.

Z własnych mam Terry'ego Pratchetta, Andrzeja Sapkowskiego, Astrid Lindgren, a z komiksiarzy Marvano i Stana Sakai. Pochwaliłem się tutaj, żeby skompensować uczucie zazdrości.

Co do przygodowej, nie trafiłaś. Już zaraz wrzucam, znaczy notka gotowa, ale ostatnie czytanie muszę zrobić, a w pracy jestem.

Agnes pisze...

Jeszcze jedna, maluteńka uwaga.
Poprawny pseudonim to Kir, nie Kirył, choć tak się ukazywały książki u nas. Kir, bo od Kiry, jego żony.
Muszę zresztą poszukać głębiej na ten temat w jego książce "Jak zostać pisarzem fantastą", może znajdę, skąd się wziął Kirył...
Chyba lepiej by było, gdybyś napisał:
Kir (Kirył) Bułyczow.

Agnes pisze...

No i w tytule notki też...

Barts pisze...

Otóż Agnieszko, ja wiem że nom de plume Igora Możejki brzmiało Kir Bułyczow i od czego się wywodziło ("Jak zostać pisarzem fantastą" też będę polecał), ale w tytule notki umieściłem to, co jest na okładce książki.

Gwoli ścisłości mogę w notce poprawić Kirył (Kir) na Kir (Kirył), owszem. Ale w tytule nie zmienię, bo wtedy ciężej będzie np. na Allegro ludziom namierzyć tę książeczkę.